Nigdy nie byłam zapaloną fanką sportu. Nigdy też nikomu nie kibicowałam, a samo słowo „kibic” kojarzyło mi się z bojówkami młodzieżowymi, których dla własnego bezpieczeństwa, lepiej było unikać.

Kiedy w 2014 roku dowiedziałam się, że Gosia będzie brać udział w Maratonie w Dębnie, postanowiłam jej towarzyszyć. Nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądać, co z jednej strony budziło mój lekki niepokój, ale z drugiej – sprawiało, że serce biło mi mocniej! Widziałam wszystkie przygotowania Gosi i to jak bardzo swój trening i dietę miała dopięte na ostatni guzik. Śniadanie, które pochłaniała tuż przed maratonem (ryż, dżem figowy, banan) wydawało mi się niemożliwe do przełknięcia, a jednak…

Od wjazdu do Dębna witały nas tłumy ludzi z grzechotkami, piszczałkami, balonami i innymi atrybutami typowymi dla rasowego kibica! Ja nie miałam przy sobie nic takiego, jednak też przesadnie nie rozpaczałam z tego powodu… Z moim dość „zachowawczym” usposobieniem nie widziałabym siebie, piszczącej i wiwatującej wśród tłumu. Miałam jednak aparat i kamerę, z których postanowiłam tego dnia zrobić użytek.

Pierwsze kibicowanie

Kibicowanie jest trudne
Kibicowanie jest trudne

Gdy Gosia wystartowała, a ja zaczęłam przemierzać wąskie uliczki Dębna, najbardziej zaskoczyło mnie to, że wszyscy wokół tak doskonale się znają! Tak mi się przynajmniej wówczas wydawało… Na widok „pierwszego lepszego” biegacza kibice klaskali, dopingowali, wystawiali ręce do przybicia piątki, dawali biegnącym wodę czy banany. Pomyślałam wtedy, że to niesamowite, jak wielu kibiców mają ci biegacze i jak bardzo dobrze musieli mieć zorganizowany swój wyjazd, skoro mogli zabrać ze sobą nie dwie lub trzy, ale kilkadziesiąt osób! Szybko pojawiła się też kolejna refleksja, że gdy Gosia pojawi się na trasie, może być jej przykro, że zobaczy na niej tylko mnie i to w dodatku bez grzechotek, bez fanfarów, bez bananów… a właśnie! Pamiętałam, że jeden „zapasowy banan” został w samochodzie! Nie wahając się, szybko pobiegłam po niego, aby chociaż tym gadżetem pokazać mój wyraz wsparcia.

Gosia w końcu przebiegła obok mnie, banana nie wzięła, pomachała mi uśmiechnięta i pobiegła dalej. Hm… pomyślałam, że w porządku – najważniejsze, że była radosna. W dodatku inni kibice stojący wokół dopingowali jej, krzycząc „Dawaj! Dawaj!”, „Nie poddawaj się!”, „Jeszcze jedno okrążenie!”, co uświadomiło mi coś na miarę odkrycia Ameryki. Ci wszyscy ludzie stojący na trasie w zdecydowanej większości nie znali biegaczy biorących udział w maratonie! Dopingowali im, bo chcieli, bo mieli ochotę, bo wiedzieli, że to dodaje sił…

Cała ta sytuacja wywołała we mnie bardzo pozytywne odczucia i myśl, że w dzisiejszych czasach naprawdę można robić coś całkowicie bezinteresownie. Nie dlatego, że ktoś ci za to płaci, nie dlatego że tak wypada, nie dlatego, że ktoś Cię o to prosi – ale dlatego, że dobrze jest wspierać innych w ich pasji i marzeniach. Ot tak, po prostu!

Kryzys kibica

Każde kolejne zawody, w których Gosia brała udział coraz bardziej utwierdzały mnie w przekonaniu, że zaczynam to lubić! Co prawda nadal nie wyposażyłam się w grzechotki, ale za to zaczęłam wykazywać większe przejawy euforii dostrzegalne chociażby w postaci okrzyków, gdy widziałam ją na trasie. Choć do dziś nie jestem pewna, czy na pewno wszystkie z nich słyszała…

Przełomem był ostatni Duathlon w Czempiniu. Pierwsze tego typu tak duże zawody, w których Gosia brała udział, a dla mnie – pierwsze zderzenie z myślą, że „co, jeśli coś pójdzie nie tak? ”W trakcie pierwszego biegu na 10 km wiedziałam, że sobie poradzi. Podczas codziennych treningów pokonuje dużo dłuższe dystanse, dlatego nie miałam wątpliwości, że będzie to dla niej przysłowiowa bułka z masłem. Gdy jednak wsiadła na rower, zaczęłam czuć niepokój. Kwadrans za kwadransem starały się trwać wieczność, a w mojej głowie kołatało się milion myśli, które wcale nie były optymistyczne… Starałam się czytać książkę, nic z tego. Próbowałam słuchać muzyki – niestety i to nie pomogło. Widok przejeżdżających wciąż rowerzystów przypominał mi o tym, jak wiele nieprzewidywalnych rzeczy może stać się na trasie i jak bardzo niebezpieczeństwa związane z jazdą na rowerze różnią się od tych podczas biegania.

Nareszcie! Gosia zatoczyła pierwsze okrążenie. Miałam nadzieję, że zobaczę na jej twarzy uśmiech zadowolenia, ale nic z tego… W dodatku, przejeżdżając krzyknęła coś do mnie, ale kompletnie tego nie zrozumiałam. Wiedziałam tylko, że coś jest nie tak, więc mój maraton złych przeczuć rozhulał się w głowie na dobre! Czekanie, czekanie, czekanie… tylko to mi pozostało, więc uzbrajałam się w cierpliwość, próbując przewidzieć za ile minut Gosia zrobi drugie okrążenie, w którym miałam nadzieję – dowiem się, o co chodzi!

Kibicowanie jest trudne
Kibicowanie jest trudne

Po pół godziny zobaczyłam ją na horyzoncie, więc udałam się do punktu regeneracyjnego, prosząc młodocianych wolontariuszy o przygotowanie banana (co ja mam z tymi bananami…?). Sądziłam, że będzie to dobry pomysł na regenerację. Dzieciaki oczywiście posłusznie przygotowały banany i zaczęły je podawać, gdy Gosia była już blisko. Mój pomysł okazał się jednak lekkim niewypałem, bo na widok samych bananów, Gosia zaczęła krzyczeć „Woda!!! Nie banany!!!”… na szczęście dla niej wolontariusze mieli szybki refleks i zdążyli podać jej butelkę. Cóż, moja bananowa nadgorliwość po raz drugi została wystawiona na próbę, ale podobno do trzech razy sztuka…Udałam się na trasę biegu, gdzie postanowiłam dopingować Gosi i być może dowiedzieć się tego, o czym krzyknęła mi po pierwszym okrążeniu na rowerze. Widząc kompletnie wycieńczonych zawodników, okrzyki dopingu same cisnęły mi się na usta i nie mogłam wyjść z podziwu dla ich wytrwałości. W oczach biegnących i w lekkich grymasach uśmiechu rysujących się na ich twarzy widziałam, że nawet krótki okrzyk wsparcia jest dla nich na wagę złota…

Gosi jednak wciąż nie było, mimo że zgodnie z moimi obliczeniami powinna pojawić się na trasie już kilkanaście minut temu. Mój niepokój pokierował mnie wzdłuż trasy biegu. Nie obyło się też bez myśli typu „być może gdzieś leży i nie może wstać…”. Z perspektywy czasu wiem, że było to trochę irracjonalne myślenie, ale jeśli kiedykolwiek mieliście okazję kibicować, to pewnie znacie to uczucie.

Kibicowanie jest trudne
Kibicowanie jest trudne

Spotkałam ją mniej więcej 2 km od mety, truchtającą wolnym tempem. Okazało się, że w jednym z punktów regeneracyjnych zabrakło kubków z wodą… na szczęście wśród moich kibicowskich gadżetów znalazłam butelkę Nałęczowianki, która okazała się w tym momencie zbawienna. Udało mi się też dowiedzieć, co Gosia krzyknęła podczas jazdy na rowerze! Chodziło o skurcze w nogach, które towarzyszyły jej przez większą część jazdy i były prawie nie do zniesienia. Jak się też okazało, jedyne co pozwoliło jej dalej jechać to skarpety kompresyjne, które ograniczały rozprzestrzenianie się skurczów i pozwalały zminimalizować wywoływany przez nie ból.

Spokój zamiast medalu…

Duathlon w Czempiniu uświadomił mi, jak trudna jest rola kibica. Z jednej strony dopingujesz z całego serca, by wszystko poszło jak najlepiej. Z drugiej – pojawiający się lęk o drugą osobę jest tak duży, że zapominasz, po co to wszystko i chcesz tylko, aby się to jak najszybciej zakończyło.

Podczas gdy zawodnik odbiera na mecie zasłużony medal, Ty zyskujesz coś dużo bardziej niematerialnego. Spokój ducha, którego nie odda prawdopodobnie żadne inne doświadczenie, niż właśnie kibicowanie.



freedom_martya_w Image Banner 728 x 90
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułZmotywuj się i bądź szczęśliwy
Następny artykułOdżywki Squeezy – test
Jessica Alvaro
Zafascynowana językiem hiszpańskim i kulturą iberoamerykańską. Poszukuje kreatywnych sposobów nauki języków obcych, często tworząc przy tym własne. Między innymi właśnie to popchnęło ją do stworzenia serwisu Hispánico.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here